Każdego dnia po pracy gromadzą się na prowizorycznym boisku piłkarskim najlepsi zawodnicy z naszego obozu. Przed rozpoczęciem rozgrywki rozgrzewamy się, ustalamy składy, następnie dobieramy kolory koszulek i skóry, by wreszcie odśpiewać hymn Etiopii.
Futbolówkę zrobioną ze świńskiego pęcherza wyrzucamy w powietrze na znak rozpoczęcia meczu, a dopiero potem sięgamy po wysokiej jakości firmową piłkę Adidasa, której używamy do gry.
Początek jest zawsze chaotyczny. Muszę nauczyć się na pamięć wszystkich moich zawodników, co jest o tyle trudne, że wyglądają oni bardzo podobnie, zwłaszcza kiedy biegną. Po kilku minutach potrafię już rozróżniać ich po kolorze tęczówek, ale wtedy na boisku pojawiają się spóźnialscy i przyłączają się do losowo wybranej drużyny. To zwykle wywołuje burzliwy odzew pozostałych i rozpoczyna się długa dyskusja w języku amaryjskim, a potem następuje całkowite przemieszanie składów. Biegam więc wte i wewte, jak głupek, podaję piłkę przeciwnikom i odbieram swoim, aż wreszcie, pod koniec gry, znów wiem kto jest kim. Żeby nie było za łatwo, także i w środku meczu, w losowym momencie, któryś z zawodników może zmienić drużynę, a potem równie niespodziewanie powrócić do poprzedniej.
Często dochodzi do bójek. Na boisku nie obowiązują oczywiście zasady fair-play i każdy poważniejszy faul spotyka się z ostrą reakcją sfaulowanego. Inicjuje to długą dyskusję w języku amaryjskim i nierzadko walkę, po której może zostać podyktowany rzut karny.
Bywa i tak, że w połowie rozgrywki na boisku pojawia się sędzia. Od teraz to on decyduje, kto dotknął piłki ręką (manu! manu! manu!), a kto nogą i rozdziela na lewo i prawo "białe kartki", symbolizowane przez jego pracowniczy identyfikator. Sędzia bywa omylny, a bardziej dokładnie: zawsze się myli. Kiedy zatem gracze orientują się co do jego niekompetencji, rozpoczyna się długa dyskusją w języku amaryjskim i niejako za karę sędzia staje się jednym z zawodników (zachowując przy tym, rzecz jasna, uprawnienia sędziowskie).
Rezultat meczu zmienia się nawet wtedy, gdy nie padają żadne bramki. Kiedy jedni twierdzą, że jest 7:7, inni zauważają, że przecież dawno już było 9:6. Ci pierwsi mówią, że owszem, było 9:6, ale dla nich, a zresztą chyba nawet 10:6. Taka kłótnia (w języku amaryjskim) nierzadko kończy się walką, po której może zostać podyktowany rzut karny.
Z boiska wszyscy schodzimy uśmiechnięci. Zmęczeni, ale szczęśliwi. To nie wynik jest przecież najważniejszy.
No w koncu!!!!
OdpowiedzUsuńPiłka rządzi światem!
OdpowiedzUsuńnie , to świński pecherz rządzi światem, z resztą świńskie feromony także :)
OdpowiedzUsuńCieszę się, że wreszcie wróciłeś:)
OdpowiedzUsuńmało lotny artykuł, autro sie wypalił? No chyba ,ze udowodni ,ze cos umei jeszcze napisać, tak tak rzucam Ci bałą rękawiczką w twarz!
OdpowiedzUsuń