niedziela, 9 sierpnia 2009

Business Class

Skołowany, niepewny własnego istnienia, prawdopodobnie zaniedbałem bloga. Niewiele jednak stracił ten, kto nie przeczytał tego, czego nie napisałem. Oto bowiem świat zamarł. Pustynie etiopskiego Ogadenu okazały się pozbawione życia, niby trup. To prawda, latają tu przepiękne ptaki, których skrzydła odbijają blask niebios, złotowłose jaszczurki skubią ziarno codziennie rano, a dziwne łyse krety wkopują się w piach swoimi łapkami w kształcie bananów, wszystko to jednak jest jakieś martwe. A może to ja umarłem?

Nie wiem czy omyłkowo, czy co, ale na przelot z Polski do Etiopii zarezerwowano mi tym razem bilety business class. Pierwszy raz w życiu podróżowałem jak ci najfajniejsi ludzie na Ziemi i, drwijcie z mojej zaściankowości lub nie, było to dla mnie przeżycie pouczające. Początkowo, jako człowiek skromny, w fotelach z czerwonego zamszu czułem się nie na miejscu, szybko jednak rozbisurmaniłem się na tyle, by specjalne traktowanie przyjmować z godnością, jaka przystoi człowiekowi o moim statusie społecznym. W pierwszym locie, z Krakowa do Brukseli, byłem jedynym pasażerem klasy biznesowej i przypadł mi zaszczyt zajęcia miejsca numer 1A. Zazdrość zżerała innych uczestników lotu, kiedy głodnymi oczami zżerali mój obiad i wypijali sok, na tym krótkim rejsie tylko najbogatszym przysługuje bowiem prawo do posiłku. Muszę przyznać, zacząłem wtedy wierzyć, że jestem kimś lepszym. Przypuszczenia moje potwierdziły się, kiedy odbierałem kartę pokładową na lot do Addis Abeby: podczas gdy wszyscy "zwyczajni" pasażerowie czekali godzinami w gigantycznej kolejce, dla mnie stworzono specjalną kolejkę, w której nie czekał nikt. Puszysty VIP-owski dywan delikatnie masował mi stopy, kiedy odbierałem zaproszenie do Sali Diamentowej.

Gaudeamus igitur, Iuvenes dum sumus - śpiewały świetliste chóry aniołów, by powitać mnie, bogatego podróżnika, w poczekalni dla ludzi wspaniałych. Kelner, Quasimodo w srebrnym fraku, ukłonił się nisko, podsuwając mi tacę z najlepszymi kawiorami z całego świata, a śnieżnowłosa hostessa o głosie bogini własnoręcznie wlała mi szampana do ust. Wszystko to oczywiście niewinne przebieranki i wyuczone scenki, odgrywane po to, by wielkiego gościa Sali Diamentowej jeszcze powiększyć. Po tym rytuale inicjacyjnym zaproszono mnie na skórzane kanapy, skąd przez weneckie lustra obserwować mogłem jak motłoch, w oczekiwaniu na lot, tłoczy się w zwykłej poczekalni, jedząc paszę. W tym samym czasie królowa angielska masowała mi kark, a wszyscy przywódcy najbogatszych państw świata zebrali się wokół i zadawali mi najróżniejsze pytania, w większości dotyczące przyszłości świata oraz wszechświata.

W samym samolocie Ethiopian Airlines nie było już jednak tak różowo. Obok mnie miejsce zajęła kobieta, której ciało nie mieściło się w jej własnym fotelu business class, w dużej części przelewało się więc na mój fotel business class, co czyniło lot nieprzyjemnym.

Także i teraz nie mam powodów do zadowolenia, miejsce żywych dyskusji z barwnymi postaciami świata polityki zajęły bowiem monologi, które wygłaszam do wentylatora, jedynego cierpliwego słuchacza w moim namiocie. Zwykle zresztą bredzę.

5 komentarzy:

  1. Nieźle zaczęła się Twoja etiopska przygoda!

    OdpowiedzUsuń
  2. ty przestań się obijać tylko zdawaj relacje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. byłeś w sali diamentowej?
    a miałeś ze soba topazowy pierścień ?bo wiesz ,że bez niego taka wizyta sie nei liczy

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, Hmm, Tak, O! Kosza, traktorem...

    OdpowiedzUsuń